godz: 16:54 data: 2011.02.16
Mini mini
godz: 16:14 data: 2010.12.15
Aaaaaaaa, ostatnio myślę tylko o jedzeniu:/, nie daje mi to spokoju. Budzę się rano i pierwsza myśl to co ja zjem na śniadanie. Po śniadaniu zaraz bym coś przekąsił. O dobrym obiadku myślę cały dzień a kolacji, którą jem o 21 nie mogę się już doczekac. Oczywiście ciągle podjadam jakieś ciastka jak są, albo marchewkę pogryzę. Czy to normalne?, czy moja głowa każe mi byc grubasem?. Jedz jedz i rośnij Mariuszku, śmiało, chapnij coś, nie krępuj się. Teraz jest czas gdzie mniej trenuje, bo warunki pogodowe trochę mnie ograniczają, ale największe ograniczenie dostałem od własnej stopy, która mnie boli i uniemożliwia normalne stąpanie. Brak ruchu i ciągłe jedzenie, to samo się prosi żeby byc grubasem;(.(Andrzej, nie jesteś sam z problemem) Buuuu, ja nie chce. Przyznam że jedzenie to mój przyjaciel, uwielbiam go, nienawidzę tylko wątróbki, bleee. Dziś podjąłem się próby animacji poklatkowej, gdzie występuje jeden z moim przyjaciół. Pan śniadanko w głównej roli. Myślę że na filmie widac nasze przyjacielskie relacje. Uwielbiam go:).
Miłego.
Jeśc mi się chce
Aaaaaaaa, ostatnio myślę tylko o jedzeniu:/, nie daje mi to spokoju. Budzę się rano i pierwsza myśl to co ja zjem na śniadanie. Po śniadaniu zaraz bym coś przekąsił. O dobrym obiadku myślę cały dzień a kolacji, którą jem o 21 nie mogę się już doczekac. Oczywiście ciągle podjadam jakieś ciastka jak są, albo marchewkę pogryzę. Czy to normalne?, czy moja głowa każe mi byc grubasem?. Jedz jedz i rośnij Mariuszku, śmiało, chapnij coś, nie krępuj się. Teraz jest czas gdzie mniej trenuje, bo warunki pogodowe trochę mnie ograniczają, ale największe ograniczenie dostałem od własnej stopy, która mnie boli i uniemożliwia normalne stąpanie. Brak ruchu i ciągłe jedzenie, to samo się prosi żeby byc grubasem;(.(Andrzej, nie jesteś sam z problemem) Buuuu, ja nie chce. Przyznam że jedzenie to mój przyjaciel, uwielbiam go, nienawidzę tylko wątróbki, bleee. Dziś podjąłem się próby animacji poklatkowej, gdzie występuje jeden z moim przyjaciół. Pan śniadanko w głównej roli. Myślę że na filmie widac nasze przyjacielskie relacje. Uwielbiam go:).
Miłego.
godz: 19:33 data: 2010.12.12
Jak niektórzy z was wiedzą, lubię fotografowac przyrodę. Pod obiektyw wpadają różne dziwactwa naszej fauny. Dziś przesyłam zdjęcia uroczych pająków, które ciągle zadziwiają mnie swoim pięknem, przyznam że również przerażają, ale bez przesady. Każdej takie sesji towarzyszy przygoda. Wyprawa do lasu i odnajdywanie jego tajemnic, sprawia mi niesamowitą radośc. Odkrywanie owadów, których w szarym zwyczajnym życiu bym pewnie nie zobaczył, coś wspaniałego. Zachęcam do poobserwowania przyrody z bliska a zdjęcia niech będą zachętą. Miłego oglądania
Dziękuje.
Pająki
Jak niektórzy z was wiedzą, lubię fotografowac przyrodę. Pod obiektyw wpadają różne dziwactwa naszej fauny. Dziś przesyłam zdjęcia uroczych pająków, które ciągle zadziwiają mnie swoim pięknem, przyznam że również przerażają, ale bez przesady. Każdej takie sesji towarzyszy przygoda. Wyprawa do lasu i odnajdywanie jego tajemnic, sprawia mi niesamowitą radośc. Odkrywanie owadów, których w szarym zwyczajnym życiu bym pewnie nie zobaczył, coś wspaniałego. Zachęcam do poobserwowania przyrody z bliska a zdjęcia niech będą zachętą. Miłego oglądania
Dziękuje.
godz: 23:51 data: 2010.12.6
Nie mam co czytac, to coś napiszę. Tylko co?. Tak mi się nudzi że nie mam o czym pisac. Coś o parkour?. Ma to jakiś sens?, pewnie już wszystko było napisane. Pewnie, mogę napisac jakieś swoje przemyślenia w temacie PK i może tak zrobię, ale musi mi podejśc jakiś temat. Może zloty?. Hmmm, mnie to dziś wygląda tak.
Przyjeżdżają różni ludzie z różnych miast pokazac jaki to ma się skill, inni popatrzec na kolesia, który ma 100 filmików na necie i jest zajebisty, jeszcze inni żeby się napic i dobrze bawic. Z założenia zloty miały polegac na wymianie doświadczenia, a czy tak jest dziś?. Gdzieś pomiędzy wygłupami a popisami zapewne jeszcze można dostrzec momenty takiej wymiany, ale to niestety zanika. Tak będzie i pewnie nikt tego nie zmieni, choc nic nie wiadomo. Mam nadzieję że zostanę obrzucony mięsem i będę mógł sobie poczytac zdania innych, na to liczę.
Raczej się nie rozpisałem, może to jednak nie jest pomysł na nudę, nie wiem co mogę napisac. Może coś o treningach?. Dziś zauważam że mniej ludzie korzystają z rad innych i mniej bawią się ze wspólnych treningów i pomysłów na nie. Teraz każdy jest w miarę świadomy tego co chce zrobic na treningu, co chce osiągnąc i to robi. Dziś częściej ludzie trenują samemu. Nie neguje tego, opisuję po prostu co widzę. Dziś dzieciaki nie potrzebują rad, bo wystarczy im dobry filmik i to jest ich nauczyciel. Dobrze, nie dobrze, sam nie wiem. Mnie filmiki motywują do treningu, lubię sobie czasem coś dobrego puścic przed wyjściem, ale chciałbym znów trenowac z kimś realnym, kto ma dobry pomysł na trening i chce się tym podzielic. Chciałbym również wyjechac na jakiegoś tripa i chłonąc doświadczenie innych traucerów, chciałbym poznawac różne style i podejścia do treningów, chciałbym znów się uczyc a nie tylko doskonalic. Chciałbym, ale nie mam kasy a jestem takim popieprzonym leniem że do pracy nie pójdę, choc uwierzcie że bym chciał, ale o tym może kiedy indziej.
Ciesze się że ciągle mam zdrowie, że nic mi nie dolega, że mogę codziennie wyjśc i potrenowac i jestem zawsze zły kiedy jednak nie potrenuję choc mogłem. Czasem przeraża mnie brak motywacji. Siedzę przed kompem i wiem że w tej chwili mógłbym cwiczyc, a to w domu siłkę porobic a to wyjśc do parku i pobawic się na drzewach lub drążkach. Kiedyś przerażały mnie samotne treningi, po prostu jeśli nie miałem z kim trenowac to nie trenowałem. Dziś już przyzwyczaiłem się że większośc treningów jest bez towarzystwa. Nadal trochę mi głupio jak idę do parku i ludzie widzą jak 25 letni facet łazi po drzewach, ale nauczyłem się tym nie przejmowac. Wydaję mi się że pomogło mi też doświadczenie jakieś już w parkour, zdobyte umiejętności. Jak zaczynałem, to wyglądało to pokracznie i ludzie patrząc na coś takiego rzeczywiście, mogli się zastanawiac, co ten facet robi, lecz dziś kiedy moje ruchy już nie są takie proste i kaleczne, mam wrażenie że wiara bardziej podziwia niż się śmieje. Tak sobie tłumaczę. Denerwuje mnie to, że zauważam już tendencje spadkową. 18 lat już nie mam i cokolwiek robię, za cokolwiek się zabieram, nie przychodzi mi z taką lekkością jaką miałem wcześniej. Oczywiście jest łatwiej niż na początku, bo już mam na tyle świadome ciało i wycwiczone że każdy nowy element jest łatwiejszy do nauczenia, ale jednak dłużej muszę się go uczyc, wytrzymałośc juz nie ta sama i psychika coraz więcej blokuje.
Sport uzależnia, wy pewnie też to dostrzegliście. Ja np. nie mogę usiedziec bez treningu dłużej niż 2 dni. Jak jestem chory to jest koszmar. Zdarza się w sytuacjach choroby że nie trenuję około 2 tygodni, to chodzę jak zombi, ale jak dochodzę do pełni sił, to trening jest tak intensywny ze aż niebezpieczny. Oczywiście na drugi dzień są zakwasy i wtedy niektórzy znów rezygnują z treningu na parę dni, ale ja już się nauczyłem że na zakwasy najlepszy jest jeszcze cięższy trening:). Ciesze się że się nie poddaję, choc żadnej przyszłości w tym nie widzę, nie trenuję dla sławy:P, dla pieniędzy czy czegoś tam a jednak trwam. Raduje mnie to, ale gdzie mnie zaprowadzi takie podejście?, mam nadzieję że na dobrą drogę, bo parkour uczy również jak byc dobrym człowiekiem a takim chce byc. Amen. Piękna puenta na zakończenie, ale nadal mi się nudzi więc piszę dalej. Mam pytanko, wspiera was ktoś?, jest osoba, która motywuje do treningów?, mama, babcia, tata, dziewczyna może chłopak?. Mnie nikt, nauczyłem się sam motywowac, ciężka sprawa, ale da się. Jak tak się na prawdę zapytac samych siebie, po co trenujemy, to nie miał bym pojęcia co odpowiedziec. Znalazłem rzecz, sport, czy jak to tam nazwac, co mi odpowiada. Znalazłem świat, w którym chce życ. Odpowiadają mi ludzie, z którymi trenuję bo podzielają moje podejście do życia. Nie wszyscy, ale większośc. Zdrowie to priorytet, nikt z nas nie pali, staramy się byc lepszymi ludźmi, chcemy pomagac, chcemy działac, taki świat mi odpowiada a do tego rozwijam się w taki sposób jaki mi odpowiada, nikt nie siedzi nad głową i nie mówi jak mam trenowac, co mam osiągnąc, ja wiem to sam i to robię. Może dlatego trenuję.
Jest 23 30, o tej porze już raczej śpię, więc moje wywody są pewnie poplątane. Ja już nie pamiętam co pisałem na początku, ale trudno. Nie wiem czy jest sens publikowania czegoś takiego, ale czy był sens pisania?. Jest to jakaś forma treningu psychicznego, pozbycia się myśli, więc sens się znalazł. Czy dzielic się swoimi myślami?, nie wiem, nie chce mi się nad tym myślec, po prostu to robię. Mały ślad w wielkim świecie. Mógłbym tak pisac i pisac, ale jak już wcześniej wspominałem, ja już śpię o tej porze, tak więc dobranoc, ktokolwiek znudzony to przeczyta:)
Dziękuje.
Wylane
Nie mam co czytac, to coś napiszę. Tylko co?. Tak mi się nudzi że nie mam o czym pisac. Coś o parkour?. Ma to jakiś sens?, pewnie już wszystko było napisane. Pewnie, mogę napisac jakieś swoje przemyślenia w temacie PK i może tak zrobię, ale musi mi podejśc jakiś temat. Może zloty?. Hmmm, mnie to dziś wygląda tak.
Przyjeżdżają różni ludzie z różnych miast pokazac jaki to ma się skill, inni popatrzec na kolesia, który ma 100 filmików na necie i jest zajebisty, jeszcze inni żeby się napic i dobrze bawic. Z założenia zloty miały polegac na wymianie doświadczenia, a czy tak jest dziś?. Gdzieś pomiędzy wygłupami a popisami zapewne jeszcze można dostrzec momenty takiej wymiany, ale to niestety zanika. Tak będzie i pewnie nikt tego nie zmieni, choc nic nie wiadomo. Mam nadzieję że zostanę obrzucony mięsem i będę mógł sobie poczytac zdania innych, na to liczę.
Raczej się nie rozpisałem, może to jednak nie jest pomysł na nudę, nie wiem co mogę napisac. Może coś o treningach?. Dziś zauważam że mniej ludzie korzystają z rad innych i mniej bawią się ze wspólnych treningów i pomysłów na nie. Teraz każdy jest w miarę świadomy tego co chce zrobic na treningu, co chce osiągnąc i to robi. Dziś częściej ludzie trenują samemu. Nie neguje tego, opisuję po prostu co widzę. Dziś dzieciaki nie potrzebują rad, bo wystarczy im dobry filmik i to jest ich nauczyciel. Dobrze, nie dobrze, sam nie wiem. Mnie filmiki motywują do treningu, lubię sobie czasem coś dobrego puścic przed wyjściem, ale chciałbym znów trenowac z kimś realnym, kto ma dobry pomysł na trening i chce się tym podzielic. Chciałbym również wyjechac na jakiegoś tripa i chłonąc doświadczenie innych traucerów, chciałbym poznawac różne style i podejścia do treningów, chciałbym znów się uczyc a nie tylko doskonalic. Chciałbym, ale nie mam kasy a jestem takim popieprzonym leniem że do pracy nie pójdę, choc uwierzcie że bym chciał, ale o tym może kiedy indziej.
Ciesze się że ciągle mam zdrowie, że nic mi nie dolega, że mogę codziennie wyjśc i potrenowac i jestem zawsze zły kiedy jednak nie potrenuję choc mogłem. Czasem przeraża mnie brak motywacji. Siedzę przed kompem i wiem że w tej chwili mógłbym cwiczyc, a to w domu siłkę porobic a to wyjśc do parku i pobawic się na drzewach lub drążkach. Kiedyś przerażały mnie samotne treningi, po prostu jeśli nie miałem z kim trenowac to nie trenowałem. Dziś już przyzwyczaiłem się że większośc treningów jest bez towarzystwa. Nadal trochę mi głupio jak idę do parku i ludzie widzą jak 25 letni facet łazi po drzewach, ale nauczyłem się tym nie przejmowac. Wydaję mi się że pomogło mi też doświadczenie jakieś już w parkour, zdobyte umiejętności. Jak zaczynałem, to wyglądało to pokracznie i ludzie patrząc na coś takiego rzeczywiście, mogli się zastanawiac, co ten facet robi, lecz dziś kiedy moje ruchy już nie są takie proste i kaleczne, mam wrażenie że wiara bardziej podziwia niż się śmieje. Tak sobie tłumaczę. Denerwuje mnie to, że zauważam już tendencje spadkową. 18 lat już nie mam i cokolwiek robię, za cokolwiek się zabieram, nie przychodzi mi z taką lekkością jaką miałem wcześniej. Oczywiście jest łatwiej niż na początku, bo już mam na tyle świadome ciało i wycwiczone że każdy nowy element jest łatwiejszy do nauczenia, ale jednak dłużej muszę się go uczyc, wytrzymałośc juz nie ta sama i psychika coraz więcej blokuje.
Sport uzależnia, wy pewnie też to dostrzegliście. Ja np. nie mogę usiedziec bez treningu dłużej niż 2 dni. Jak jestem chory to jest koszmar. Zdarza się w sytuacjach choroby że nie trenuję około 2 tygodni, to chodzę jak zombi, ale jak dochodzę do pełni sił, to trening jest tak intensywny ze aż niebezpieczny. Oczywiście na drugi dzień są zakwasy i wtedy niektórzy znów rezygnują z treningu na parę dni, ale ja już się nauczyłem że na zakwasy najlepszy jest jeszcze cięższy trening:). Ciesze się że się nie poddaję, choc żadnej przyszłości w tym nie widzę, nie trenuję dla sławy:P, dla pieniędzy czy czegoś tam a jednak trwam. Raduje mnie to, ale gdzie mnie zaprowadzi takie podejście?, mam nadzieję że na dobrą drogę, bo parkour uczy również jak byc dobrym człowiekiem a takim chce byc. Amen. Piękna puenta na zakończenie, ale nadal mi się nudzi więc piszę dalej. Mam pytanko, wspiera was ktoś?, jest osoba, która motywuje do treningów?, mama, babcia, tata, dziewczyna może chłopak?. Mnie nikt, nauczyłem się sam motywowac, ciężka sprawa, ale da się. Jak tak się na prawdę zapytac samych siebie, po co trenujemy, to nie miał bym pojęcia co odpowiedziec. Znalazłem rzecz, sport, czy jak to tam nazwac, co mi odpowiada. Znalazłem świat, w którym chce życ. Odpowiadają mi ludzie, z którymi trenuję bo podzielają moje podejście do życia. Nie wszyscy, ale większośc. Zdrowie to priorytet, nikt z nas nie pali, staramy się byc lepszymi ludźmi, chcemy pomagac, chcemy działac, taki świat mi odpowiada a do tego rozwijam się w taki sposób jaki mi odpowiada, nikt nie siedzi nad głową i nie mówi jak mam trenowac, co mam osiągnąc, ja wiem to sam i to robię. Może dlatego trenuję.
Jest 23 30, o tej porze już raczej śpię, więc moje wywody są pewnie poplątane. Ja już nie pamiętam co pisałem na początku, ale trudno. Nie wiem czy jest sens publikowania czegoś takiego, ale czy był sens pisania?. Jest to jakaś forma treningu psychicznego, pozbycia się myśli, więc sens się znalazł. Czy dzielic się swoimi myślami?, nie wiem, nie chce mi się nad tym myślec, po prostu to robię. Mały ślad w wielkim świecie. Mógłbym tak pisac i pisac, ale jak już wcześniej wspominałem, ja już śpię o tej porze, tak więc dobranoc, ktokolwiek znudzony to przeczyta:)
Dziękuje.
godz: 16:12 data: 2010.10.29
W dzisiejszym odcinku programu "Kocham Kino" proponuję film znanego Łódzkiego reżysera obecnie mieszkającego w Walii, Darka Marciniaka, znanego bardziej pod artystycznym pseudonimem "Stefan". Z jego filmowej stajni "STF" wyszedł dziś interesujący filmik relacjonujący treningowe tripy mojej osoby. Film od początku zaskakuje nas trudnym do odbioru obrazem, który daje nam podpowiedz jakim to musi byc schizowym człowiek autor filmu. Dzieło podzielone jest na dwie części, wcześniej wspomniany psychodeliczny początek i druga częśc, powiedzmy główna, gdzie autor poszedł już w standardy tego typu filmów i ukazał w prosty, klarowny sposób umiejętności głównego bohatera. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko zaprosic państwa do obejrzenia kolejnej świetnej produkcji Stefana.
Miłego.
Prezencik
W dzisiejszym odcinku programu "Kocham Kino" proponuję film znanego Łódzkiego reżysera obecnie mieszkającego w Walii, Darka Marciniaka, znanego bardziej pod artystycznym pseudonimem "Stefan". Z jego filmowej stajni "STF" wyszedł dziś interesujący filmik relacjonujący treningowe tripy mojej osoby. Film od początku zaskakuje nas trudnym do odbioru obrazem, który daje nam podpowiedz jakim to musi byc schizowym człowiek autor filmu. Dzieło podzielone jest na dwie części, wcześniej wspomniany psychodeliczny początek i druga częśc, powiedzmy główna, gdzie autor poszedł już w standardy tego typu filmów i ukazał w prosty, klarowny sposób umiejętności głównego bohatera. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko zaprosic państwa do obejrzenia kolejnej świetnej produkcji Stefana.
Miłego.
godz: 20:00 data: 2010.10.25
W środę wstałem przed południem. Porankowi towarzyszyły dźwięki telewizora. Powoli śniadanko zjadłem, uporządkowałem swój wygląd, posiedziałem przed tv i spoglądając za okno, widziałem że słoneczko zaprasza mnie na plażę. Nie mogłem przecież odmówic, tak więc doczłapałem się ledwo na plażę. Doczłapałem , ponieważ miałem tak poranione stopy że każdy krok sprawiał ogromny ból:/. Na plaży padłem na kolana i pocałowałem piasek na prośbę pewnej osoby:D, potem odważyłem się zdjąc ciuchy z moich kości i z wielkim zapałem w biegłem w morze. Biegłem szybko i niestety jeszcze szybciej wybiegłem zamaczając się tylko do kolan:P. Woda była okropnie zimna a powietrze nie miało wakacyjnych temperatur.
Siedziałem tak z godzinkę i skubałem orzechy, obserwując mewy i ludzi przechodzących co jakiś czas. W drodze powrotnej do domku, wszedłem do już goszczonego wcześniej przeze mnie wczorajszego dnia sklepiku i zakupiłem co nie co na obiad(zupki chińskie), kolacje i śniadanie(bułki, dżem, ser i pasztet), w koszyku znalazły się jeszcze marchewki:). W domku, siedziałem i tylko jadłem, co mnie przerażało. A to zupka, a to bułeczkę z dżemem skubnę, marchewek to już nie policzę nio i słodycze, których też nakupowałem i tak do późnego wieczora, gdzie pozostało mi tylko spakowanie się mycie i spanie. Jutro miał nastac dzień w którym wrócę do domu, choc jeszcze nie wiedziałem jak to zrobię, ponieważ do Gdańska gdzie miałem zamiar wsiąśc w pociąg, kawałek drogi był. Jutro będę się nad tym zastanawiac, teraz idę spac. dobranoc.
Czwartek 7.X.2010. Ostatni dzień po za domem. Szczerze mówiąc stęskniłem się za moim pokoikiem i trybem życia. Brakuje mi treningów, które musiałem przerwac przez kontuzje kolana, a ja nie pamiętam żebym w tym roku nie trenował dłużej niż 2 dni. Brakuje mi ślicznych buziek z teatru V6, nocnych treningów z Andrzejem i rozwalania go w rzutki. Brakuje mi mojego życia, mojego świata. Dlatego też czym prędzej podjechałem rowerem na dworzec pks uroczej miejscowości w której spędziłem ostatnie 2 dni z nadzieją że jakiś autobus do Gdańska zabierze mnie z rowerem. Obawiałem się że będą jakieś problemy, ale jednak żadnych nie było. Rower został zapakowany do luku bagażowego i można było spokojnie usiąśc w wygodnym fotelu autokaru. Stegna żegna, z wielkim bananem na buzi i z ogromnym zadowoleniem żegnałem w myślach każdą miejscowośc, którą przez te 7 dni mijałem i drogą, z którą się zmagałem. Prawie zapomniałem że można w tak wygodny sposób się przemieszczac, bez bólu i wysiłku. Niestety wygody kosztują a mój rowerowy transport był bezpłatny, napędzany jedynie siłą nóg i determinacją.
W Gdańsku udałem się od razu na dworzec pkp. Dowiedziałem się że pociąg mam za 50 min, ale niestety z 2 przesiadkami i pani powiedziała mi że nie będzie wagonów dla rowerów. Jakoś sobie z tym poradzę. Po odczekaniu jakiś 20 min w kolejce, udało mi się zakupic bilet do ziemi obiecanej.
Rower umocowałem na końcu ostatniego wagonu a sam usiadłem w ostatnim przedziale. Pierwszą przesiadkę miałem w Bydgoszczy. Przyzwyczajony długim czasem pokonywania takich odcinków trasy, byłem zdumiony jak szybko tam dojechałem. Wtedy do głowy przyszła refleksja. Pomyślałem jaki świat musiał kiedyś byc ogromny. Ludzie poruszali się pieszo lub konno i taka podróż na odcinku Łódź - Gdańsk, zajmowała by im pewnie parę miesięcy. Mnie to zajmie 8 godzin, a przecież jeszcze są samoloty, gdzie myślę że zajęło by to 30 min. Ja jadąc rowerem przez pół Polski, poczułem ogrom naszych ziem i nie potrafię sobie wyobrazic jak ogromny musi byc świat. Lecz dziś przy tej komunikacji, myślę że ludzie przestali obserwowac, dziś widzą tylko start i cel a przecież najpiękniejsza powinna byc droga prowadząca między tymi dwoma punktami. Myślę że przekłada się to również do życia codziennego. Cokolwiek robisz, ciesz się drogą którą pokonujesz by osiągnąc cel a nie samym celem. Takie moje skromne przemyślenia.
W Bydgoszczy czekałem nie długo na następny pociąg, z którego miałem wysiąśc w Kutnie. Znów szybkośc znikania kilometrów mnie zaskoczyła i to na tyle ze prawie minąłem stacje. W ostatniej chwili kontem oka zauważyłem że jestem na stacji Kutno. Ledwo udało mi się wygramolic z rowerem z tego pociągu. W mieście, które leżało nad rzeką Ochnia (dopływ bzury) czekałem już trochę dłużej bo jakieś 1,5 godzinki, ale świadomośc że jesteśmy już tak blisko Łodzi przyspieszała tylko czas. To była ostatnia przesiadka, mała chwila i będę w Łodzi.
Około 21 30 przywitała mnie stacja Łódź Kaliska. To był na prawdę przemiły widok, wreszcie w domu, w tym szarym, brudnym mieście, ale moim mieście:). Wsiadłem na rozpadający się rower i ruszyłem w stronę domu. Po 30 nim byłem już pod swoją klatką, nie wierząc jak to możliwe że tak szybko się tu znalazłem. Przecież jeszcze dziś byłem nad morzem do którego jechałem 6 dni. Jakoś udało mi się dostac z rowerem na 10 piętro na którym mieszkam, wpakowac rower do pokoju i iśc przywitac się z rodzicami:). Tata jak zwykle spał nio a mama jak to mama ucieszyła się że syn jest cały i zdrów. Od razu dobrałem się do lodówki, którą szybko opróżniłem. Szybka kąpiel i spac. Sen we własnym łóżku, tak, to jest to:).
Udało się, wykonałem zadanie i nic mi się nie stało. Dotarło do mnie że można, jeśli się chce, można wszystko osiągnąc. Nie zrobiłem tego jak mistrz, zajęło mi to 6 dni a ktoś inny zrobił by to pewnie w 3 dni, ale jednak to zrobiłem. Nie ważne ile mi to zajęło, ważne że to zrobiłem. Widziałem niesamowite miejsca, spotkałem wspaniałych ludzi, którym dziękuje za wszystko, przeżyłem niezapomnianą przygodę i dziś wiem na pewno, że mimo bólu, cierpień, strachu, niepewności, było warto, powtórzę, BYŁO WARTO. Dzięki tej wyprawie doceniam dziś ze mam takie wspaniałe życie, że żyję w tak niebywałym świecie. Mam zdrowie, mam rodzinę nio i przyjaciół, którzy mnie wspierali. Bardzo wiele to dla mnie znaczyło a dziś nie pozostaje mi nic, tylko podziękowac. DZIĘKUJE:D. Dziś wiem że jestem wytrwały i że nie można się bac życia, choc jest przerażające, to jednak walka z tym przerażeniem może byc kolejna przygodą, dlatego życie od dziś będzie ciekawsze. Z nowym bagażem doświadczeń obudzę się rano i z uśmiechem na twarzy zacznę dzień, który będzie pierwszym dniem mojej nowej przygody.
Dziękuje.
Wyprawa rowerowa dzień #7, 8
W środę wstałem przed południem. Porankowi towarzyszyły dźwięki telewizora. Powoli śniadanko zjadłem, uporządkowałem swój wygląd, posiedziałem przed tv i spoglądając za okno, widziałem że słoneczko zaprasza mnie na plażę. Nie mogłem przecież odmówic, tak więc doczłapałem się ledwo na plażę. Doczłapałem , ponieważ miałem tak poranione stopy że każdy krok sprawiał ogromny ból:/. Na plaży padłem na kolana i pocałowałem piasek na prośbę pewnej osoby:D, potem odważyłem się zdjąc ciuchy z moich kości i z wielkim zapałem w biegłem w morze. Biegłem szybko i niestety jeszcze szybciej wybiegłem zamaczając się tylko do kolan:P. Woda była okropnie zimna a powietrze nie miało wakacyjnych temperatur.
Siedziałem tak z godzinkę i skubałem orzechy, obserwując mewy i ludzi przechodzących co jakiś czas. W drodze powrotnej do domku, wszedłem do już goszczonego wcześniej przeze mnie wczorajszego dnia sklepiku i zakupiłem co nie co na obiad(zupki chińskie), kolacje i śniadanie(bułki, dżem, ser i pasztet), w koszyku znalazły się jeszcze marchewki:). W domku, siedziałem i tylko jadłem, co mnie przerażało. A to zupka, a to bułeczkę z dżemem skubnę, marchewek to już nie policzę nio i słodycze, których też nakupowałem i tak do późnego wieczora, gdzie pozostało mi tylko spakowanie się mycie i spanie. Jutro miał nastac dzień w którym wrócę do domu, choc jeszcze nie wiedziałem jak to zrobię, ponieważ do Gdańska gdzie miałem zamiar wsiąśc w pociąg, kawałek drogi był. Jutro będę się nad tym zastanawiac, teraz idę spac. dobranoc.
Czwartek 7.X.2010. Ostatni dzień po za domem. Szczerze mówiąc stęskniłem się za moim pokoikiem i trybem życia. Brakuje mi treningów, które musiałem przerwac przez kontuzje kolana, a ja nie pamiętam żebym w tym roku nie trenował dłużej niż 2 dni. Brakuje mi ślicznych buziek z teatru V6, nocnych treningów z Andrzejem i rozwalania go w rzutki. Brakuje mi mojego życia, mojego świata. Dlatego też czym prędzej podjechałem rowerem na dworzec pks uroczej miejscowości w której spędziłem ostatnie 2 dni z nadzieją że jakiś autobus do Gdańska zabierze mnie z rowerem. Obawiałem się że będą jakieś problemy, ale jednak żadnych nie było. Rower został zapakowany do luku bagażowego i można było spokojnie usiąśc w wygodnym fotelu autokaru. Stegna żegna, z wielkim bananem na buzi i z ogromnym zadowoleniem żegnałem w myślach każdą miejscowośc, którą przez te 7 dni mijałem i drogą, z którą się zmagałem. Prawie zapomniałem że można w tak wygodny sposób się przemieszczac, bez bólu i wysiłku. Niestety wygody kosztują a mój rowerowy transport był bezpłatny, napędzany jedynie siłą nóg i determinacją.
W Gdańsku udałem się od razu na dworzec pkp. Dowiedziałem się że pociąg mam za 50 min, ale niestety z 2 przesiadkami i pani powiedziała mi że nie będzie wagonów dla rowerów. Jakoś sobie z tym poradzę. Po odczekaniu jakiś 20 min w kolejce, udało mi się zakupic bilet do ziemi obiecanej.
Rower umocowałem na końcu ostatniego wagonu a sam usiadłem w ostatnim przedziale. Pierwszą przesiadkę miałem w Bydgoszczy. Przyzwyczajony długim czasem pokonywania takich odcinków trasy, byłem zdumiony jak szybko tam dojechałem. Wtedy do głowy przyszła refleksja. Pomyślałem jaki świat musiał kiedyś byc ogromny. Ludzie poruszali się pieszo lub konno i taka podróż na odcinku Łódź - Gdańsk, zajmowała by im pewnie parę miesięcy. Mnie to zajmie 8 godzin, a przecież jeszcze są samoloty, gdzie myślę że zajęło by to 30 min. Ja jadąc rowerem przez pół Polski, poczułem ogrom naszych ziem i nie potrafię sobie wyobrazic jak ogromny musi byc świat. Lecz dziś przy tej komunikacji, myślę że ludzie przestali obserwowac, dziś widzą tylko start i cel a przecież najpiękniejsza powinna byc droga prowadząca między tymi dwoma punktami. Myślę że przekłada się to również do życia codziennego. Cokolwiek robisz, ciesz się drogą którą pokonujesz by osiągnąc cel a nie samym celem. Takie moje skromne przemyślenia.
W Bydgoszczy czekałem nie długo na następny pociąg, z którego miałem wysiąśc w Kutnie. Znów szybkośc znikania kilometrów mnie zaskoczyła i to na tyle ze prawie minąłem stacje. W ostatniej chwili kontem oka zauważyłem że jestem na stacji Kutno. Ledwo udało mi się wygramolic z rowerem z tego pociągu. W mieście, które leżało nad rzeką Ochnia (dopływ bzury) czekałem już trochę dłużej bo jakieś 1,5 godzinki, ale świadomośc że jesteśmy już tak blisko Łodzi przyspieszała tylko czas. To była ostatnia przesiadka, mała chwila i będę w Łodzi.
Około 21 30 przywitała mnie stacja Łódź Kaliska. To był na prawdę przemiły widok, wreszcie w domu, w tym szarym, brudnym mieście, ale moim mieście:). Wsiadłem na rozpadający się rower i ruszyłem w stronę domu. Po 30 nim byłem już pod swoją klatką, nie wierząc jak to możliwe że tak szybko się tu znalazłem. Przecież jeszcze dziś byłem nad morzem do którego jechałem 6 dni. Jakoś udało mi się dostac z rowerem na 10 piętro na którym mieszkam, wpakowac rower do pokoju i iśc przywitac się z rodzicami:). Tata jak zwykle spał nio a mama jak to mama ucieszyła się że syn jest cały i zdrów. Od razu dobrałem się do lodówki, którą szybko opróżniłem. Szybka kąpiel i spac. Sen we własnym łóżku, tak, to jest to:).
Udało się, wykonałem zadanie i nic mi się nie stało. Dotarło do mnie że można, jeśli się chce, można wszystko osiągnąc. Nie zrobiłem tego jak mistrz, zajęło mi to 6 dni a ktoś inny zrobił by to pewnie w 3 dni, ale jednak to zrobiłem. Nie ważne ile mi to zajęło, ważne że to zrobiłem. Widziałem niesamowite miejsca, spotkałem wspaniałych ludzi, którym dziękuje za wszystko, przeżyłem niezapomnianą przygodę i dziś wiem na pewno, że mimo bólu, cierpień, strachu, niepewności, było warto, powtórzę, BYŁO WARTO. Dzięki tej wyprawie doceniam dziś ze mam takie wspaniałe życie, że żyję w tak niebywałym świecie. Mam zdrowie, mam rodzinę nio i przyjaciół, którzy mnie wspierali. Bardzo wiele to dla mnie znaczyło a dziś nie pozostaje mi nic, tylko podziękowac. DZIĘKUJE:D. Dziś wiem że jestem wytrwały i że nie można się bac życia, choc jest przerażające, to jednak walka z tym przerażeniem może byc kolejna przygodą, dlatego życie od dziś będzie ciekawsze. Z nowym bagażem doświadczeń obudzę się rano i z uśmiechem na twarzy zacznę dzień, który będzie pierwszym dniem mojej nowej przygody.
Dziękuje.

godz: 20:01 data: 2010.10.22
5.X.2010.r.
Obudziłem się koło 8 w gospodarstwie agroturystycznym w miejscowości Gardeja. Pierwsza dwie myśli jakie przyszły mi do głowy to to że muszę dac z siebie wszystko i dojechac już dziś nad morze, a druga to naleśniki czekające na śniadanko:). Wykonałem poranne czynności na spokojnie, spakowałem się też i zniosłem rzeczy na dół by przymocowac do roweru. Spotkałem w kuchni panią gospodarz, która przywitała mnie uśmiechem i pytaniem, czy chce naleśniki z dżemem czy cukrem. Co to za pytanie, pewnie że z tym i tym:D. Tak więc dostałem tacę a na niej herbatka, naleśniki, dżem, cukier i sztuczce. Szybciutko zabrałem to na górę, usiadłem przed telewizorem i wszamałem cudowne śniadanko. Najedzony, spakowany, przygotowany mogłem już ruszac dalej. Zostało mi jeszcze zrobienie zdjęcia gospodarzom, niestety został tylko mąż gospodyni, który wrzucił mi do plecaka z 50 orzechów i kilogram jabłuszek. No to zostanie tylko pan uwieczniony. Szybka fota, kolejne życzenie powodzenia i w drogę.
Spoglądając na mapkę i widząc jaka jeszcze mnie czekała odległośc do celu, wątpiłem że dziś dam radę. W żaden dzień nie zrobiłem tyle kilometrów ile w ten dzień zostało mi do morza. Jednak byłem pełen nadziei, choc znaki typu 65km do Malborka, nie pocieszały. Na szczęście kolana już chyba powoli zaczęły się przyzwyczajac bo mnie tak nie bolały, droga też nie była zła, choc wiatr znów dokuczał. Kilometry znikały a ja w głowie na razie wyznaczyłem sobie za cel Malbork. Mijam Ottowiec, potem Kwidzyn, mówię sobie, dobrze jest. Tychnowy, Brachlewo, Sztumska wieś i dotarłem do miejscowości Sztum. Jeszcze z 1,5 godzinki i będzie Malbork. Bóle po woli wracały, ale jednak da się wytrzymac, tak więc nie jest źle. Mały odpoczynek i jazda dalej.
Dziś mam powera i ciągle przez głowę przechodziła mi myśl że może dam radę dotknąc stopą złoty piach bałtyckich plaż. Gościszewo, uuu jeszcze trochę i zdobędę zamek w Malborku. Tak jest, udało się. Nie pamiętam która była godzina, ale chyba nawet przed 16. Siedząc na ławeczce gdzieś w centrum tego uroczego miasta i jedząc czekoladę, myślałem o zdobyciu dziś morza, ta myśl nie pozwalała mi długo odpocząc. Nie było na co czekac, przecież zostało tak niewiele. Objechałem sobie majestatyczny zamek, obfotografowałem go, pojadłem orzechów, przegryzłem jabłuszkiem i czas start.
Dziś jakaś niewidzialna siła pchała mnie do przodu, wiedziałem że to będzie próba charakteru. Zmęczenie dawało o sobie znac a ta niepewnośc czy zdążę przed zachodem sprawiała że szukałem po drodze jakiejś alternatywy snu i rozłożenia tego na jeszcze jeden dzień. Zaczęła się walka z samym sobą. Co przystanek, w głowie była gonitwa myśli. Zdążę?, dam radę?, zostac?, szukac noclegu?. Wygrywała chęc zdobycia upragnionego zachodu na plaży. Nowy Dwór Gdański wita. Już prawie, ale znów ta bitwa myśli. Słońce już się zbliża do linii horyzontu, wtedy dostałem mocy. Jak nie dziś to już nigdy, tak sobie powtarzałem. Cel to zdążyc na piękny zachód słońca leżąc na plaży. Pedałowałem ile tylko pozostało sil w nogach. Kolejne przystanki uświadamiały mnie że jestem coraz bliżej, ale coraz większe zmęczenie gasiło mój zapał. Jednak brałem do ust motywacyjna kostkę czekolady i niczym Luis Amstrong, jechałem po zwycięstwo. Widzę jakiś znak, tak, czy to już upragniona miejscowośc Stegna?. Eeeee, to jednak Rybina:/. Szybki rzut oka na mapkę i już wiem że to tylko kwestia minut a będę u celu, lecz co z zachodem?, słońce już powoli znika. Walka z czasem dawała tylko kopa mocy. Jedziesz Maniek, jedzieeeeeeszzzszszs.
STEEEEEEGGGGGNAAAAAA WITA. Jest, teraz tylko dojechac do miasteczka i spytac się jak na plaże najszybciej dojechac. Wpadłem do sklepiku, kupiłem zwycięskie snaki (na co dzień nie jem takich rzeczy, ale czymś trza uczcic zwycięstwo) i spytałem pani ekspedientki to co miałem spytac. Szybko, zdążę na zachód. Tuż przy plaży na chwile zatrzymała mnie górka pod którą trza było się wtoczyc z rowerem i przy akompaniamencie wszechobecnego bólu. TAAAAAAAAAAAAAKKKKKKKKKKKKKKKKKk, plaża. Witam piaseczku, witam falo, mewo, muszelko, szumie a ciebie słoneczko przyszedłem pożegnac.
Zdążyłem, oglądałem cudowny zachód słońca leżąc na karimacie położonej na złotym zimnym piasku, rozmawiając przy tym z innym słońcem o imieniu Ilonka, które potrafiło ogrzac mnie od środka. Zachód był na zachodzi, ale zahaczał o linię horyzontu morza. Pamiątkowe fotki tej chwili i po chwili trzeba było przywitac zmrok. Nie myślałem co z noclegiem, nie obchodziło mnie nic, pławiłem się w zwycięstwie, lecz po chwili można powiedziec że sie obudziłem i zastanawiając się co ze spaniem, ruszyłem na jego poszukiwanie do miasteczka. Zawitałem kolejny raz do tego samego sklepiku, gdzie pani przywitała mnie uśmiechem, bo zdążyłem jej powiedziec wcześniej skąd jestem i czym przyjechałem( Karimata przy plecaku, otwiera ludziom usta:P). Spytałem się czy nie wie gdzie można znaleźc tani nocleg, bo w końcu przecież jestem nad morzem w miejscowości gdzie latem są tłumy. Ekspedientka nie przypominała sobie czy coś w tej chwili po za sezonem jest otwarte, ale akurat w sklepie był pewien pan, którego owa pani sprzedawczyni znała i po chwili rozmowy miałem nocleg za 30zl doba. Muszę gdzieś jutro jechac?, nie!!, wiec co mi tam, zapłaciłem za dwie doby:). Dostałem pokój z łazienką. Bardzo ładny, schludny, widac że dbają o interes. Wcześniej w sklepie kupiłem sobie słoik z pulpetami w sosie pomidorowym. Nie miałem odwagi gospodarzy prosic o udostępnienie kuchni, tak więc wyciągnąłem swoją podręczną kuchenkę i ugotowałem sobie makaronik, który miałem jeszcze z domu i podgrzałem pulpeciki. Miałem wyżere co nie miara. Zadzwonił akurat Andrzej, oczywiście podzieliłem się z nim moim szczęściem.
Po kolacji, włączyłem sobie telewizorek, który też miałem w pokoju i oglądałem go do późna, no bo mogłem:P. W błogi sen wpadłem koło 24, zamknąłem oczy pełen spokoju i dumy, bo jednak mi się udało.
CDN.
Wyprawa rowerowa dzień #6
5.X.2010.r.
Obudziłem się koło 8 w gospodarstwie agroturystycznym w miejscowości Gardeja. Pierwsza dwie myśli jakie przyszły mi do głowy to to że muszę dac z siebie wszystko i dojechac już dziś nad morze, a druga to naleśniki czekające na śniadanko:). Wykonałem poranne czynności na spokojnie, spakowałem się też i zniosłem rzeczy na dół by przymocowac do roweru. Spotkałem w kuchni panią gospodarz, która przywitała mnie uśmiechem i pytaniem, czy chce naleśniki z dżemem czy cukrem. Co to za pytanie, pewnie że z tym i tym:D. Tak więc dostałem tacę a na niej herbatka, naleśniki, dżem, cukier i sztuczce. Szybciutko zabrałem to na górę, usiadłem przed telewizorem i wszamałem cudowne śniadanko. Najedzony, spakowany, przygotowany mogłem już ruszac dalej. Zostało mi jeszcze zrobienie zdjęcia gospodarzom, niestety został tylko mąż gospodyni, który wrzucił mi do plecaka z 50 orzechów i kilogram jabłuszek. No to zostanie tylko pan uwieczniony. Szybka fota, kolejne życzenie powodzenia i w drogę.
Spoglądając na mapkę i widząc jaka jeszcze mnie czekała odległośc do celu, wątpiłem że dziś dam radę. W żaden dzień nie zrobiłem tyle kilometrów ile w ten dzień zostało mi do morza. Jednak byłem pełen nadziei, choc znaki typu 65km do Malborka, nie pocieszały. Na szczęście kolana już chyba powoli zaczęły się przyzwyczajac bo mnie tak nie bolały, droga też nie była zła, choc wiatr znów dokuczał. Kilometry znikały a ja w głowie na razie wyznaczyłem sobie za cel Malbork. Mijam Ottowiec, potem Kwidzyn, mówię sobie, dobrze jest. Tychnowy, Brachlewo, Sztumska wieś i dotarłem do miejscowości Sztum. Jeszcze z 1,5 godzinki i będzie Malbork. Bóle po woli wracały, ale jednak da się wytrzymac, tak więc nie jest źle. Mały odpoczynek i jazda dalej.
Dziś mam powera i ciągle przez głowę przechodziła mi myśl że może dam radę dotknąc stopą złoty piach bałtyckich plaż. Gościszewo, uuu jeszcze trochę i zdobędę zamek w Malborku. Tak jest, udało się. Nie pamiętam która była godzina, ale chyba nawet przed 16. Siedząc na ławeczce gdzieś w centrum tego uroczego miasta i jedząc czekoladę, myślałem o zdobyciu dziś morza, ta myśl nie pozwalała mi długo odpocząc. Nie było na co czekac, przecież zostało tak niewiele. Objechałem sobie majestatyczny zamek, obfotografowałem go, pojadłem orzechów, przegryzłem jabłuszkiem i czas start.
Dziś jakaś niewidzialna siła pchała mnie do przodu, wiedziałem że to będzie próba charakteru. Zmęczenie dawało o sobie znac a ta niepewnośc czy zdążę przed zachodem sprawiała że szukałem po drodze jakiejś alternatywy snu i rozłożenia tego na jeszcze jeden dzień. Zaczęła się walka z samym sobą. Co przystanek, w głowie była gonitwa myśli. Zdążę?, dam radę?, zostac?, szukac noclegu?. Wygrywała chęc zdobycia upragnionego zachodu na plaży. Nowy Dwór Gdański wita. Już prawie, ale znów ta bitwa myśli. Słońce już się zbliża do linii horyzontu, wtedy dostałem mocy. Jak nie dziś to już nigdy, tak sobie powtarzałem. Cel to zdążyc na piękny zachód słońca leżąc na plaży. Pedałowałem ile tylko pozostało sil w nogach. Kolejne przystanki uświadamiały mnie że jestem coraz bliżej, ale coraz większe zmęczenie gasiło mój zapał. Jednak brałem do ust motywacyjna kostkę czekolady i niczym Luis Amstrong, jechałem po zwycięstwo. Widzę jakiś znak, tak, czy to już upragniona miejscowośc Stegna?. Eeeee, to jednak Rybina:/. Szybki rzut oka na mapkę i już wiem że to tylko kwestia minut a będę u celu, lecz co z zachodem?, słońce już powoli znika. Walka z czasem dawała tylko kopa mocy. Jedziesz Maniek, jedzieeeeeeszzzszszs.
STEEEEEEGGGGGNAAAAAA WITA. Jest, teraz tylko dojechac do miasteczka i spytac się jak na plaże najszybciej dojechac. Wpadłem do sklepiku, kupiłem zwycięskie snaki (na co dzień nie jem takich rzeczy, ale czymś trza uczcic zwycięstwo) i spytałem pani ekspedientki to co miałem spytac. Szybko, zdążę na zachód. Tuż przy plaży na chwile zatrzymała mnie górka pod którą trza było się wtoczyc z rowerem i przy akompaniamencie wszechobecnego bólu. TAAAAAAAAAAAAAKKKKKKKKKKKKKKKKKk, plaża. Witam piaseczku, witam falo, mewo, muszelko, szumie a ciebie słoneczko przyszedłem pożegnac.
Zdążyłem, oglądałem cudowny zachód słońca leżąc na karimacie położonej na złotym zimnym piasku, rozmawiając przy tym z innym słońcem o imieniu Ilonka, które potrafiło ogrzac mnie od środka. Zachód był na zachodzi, ale zahaczał o linię horyzontu morza. Pamiątkowe fotki tej chwili i po chwili trzeba było przywitac zmrok. Nie myślałem co z noclegiem, nie obchodziło mnie nic, pławiłem się w zwycięstwie, lecz po chwili można powiedziec że sie obudziłem i zastanawiając się co ze spaniem, ruszyłem na jego poszukiwanie do miasteczka. Zawitałem kolejny raz do tego samego sklepiku, gdzie pani przywitała mnie uśmiechem, bo zdążyłem jej powiedziec wcześniej skąd jestem i czym przyjechałem( Karimata przy plecaku, otwiera ludziom usta:P). Spytałem się czy nie wie gdzie można znaleźc tani nocleg, bo w końcu przecież jestem nad morzem w miejscowości gdzie latem są tłumy. Ekspedientka nie przypominała sobie czy coś w tej chwili po za sezonem jest otwarte, ale akurat w sklepie był pewien pan, którego owa pani sprzedawczyni znała i po chwili rozmowy miałem nocleg za 30zl doba. Muszę gdzieś jutro jechac?, nie!!, wiec co mi tam, zapłaciłem za dwie doby:). Dostałem pokój z łazienką. Bardzo ładny, schludny, widac że dbają o interes. Wcześniej w sklepie kupiłem sobie słoik z pulpetami w sosie pomidorowym. Nie miałem odwagi gospodarzy prosic o udostępnienie kuchni, tak więc wyciągnąłem swoją podręczną kuchenkę i ugotowałem sobie makaronik, który miałem jeszcze z domu i podgrzałem pulpeciki. Miałem wyżere co nie miara. Zadzwonił akurat Andrzej, oczywiście podzieliłem się z nim moim szczęściem.
Po kolacji, włączyłem sobie telewizorek, który też miałem w pokoju i oglądałem go do późna, no bo mogłem:P. W błogi sen wpadłem koło 24, zamknąłem oczy pełen spokoju i dumy, bo jednak mi się udało.
CDN.
godz: 13:38 data: 2010.10.21
Pospałem z 12 godzin, obudziłem się koło 10. Jakoś mi się nie spieszyło, powoli się spakowałem, umyłem i zjadłem śniadanko. Może jeszcze raz rzucimy okiem na stare miasto Torunia?, pewnie, czemu nie. Symboliczne pożegnanie z pięknym miastem, przejeżdżając przez centrum.
Wyjechałem z Torunia koło 12. Droga była cudowna, duża częśc z górki, słońce ogrzewało mi lica, nic mi nie przeszkadzało, nawet samochodów jakoś mniej. Coś czułem że tak pięknie cały dzień nie może byc. O nie, nie było. Choc przez jakiś czas myślałem że to będzie najlepszy dzień pod względem jazdy, to w parę chwil zamienił się w najgorszy. Nagle wszystkie drogi zrobiły się pod górkę i to nie małe były te górki a do tego okropny wiatr. Wiaaatrrrr!!!, to było najgorsze, nawet jak było z górki, to nie mogłem sobie odpocząc i pojechac bez pedałowania, jak to zawsze robiłem, bo cholerny wiatr i tak mnie zatrzymywał a do tego ciągle spychał mnie pod auta i tiry. To było straszne, na prawdę bałem się że w końcu coś mnie potrąci, to była wichura. Droga zamieniała się w koszmar, schodziłem z roweru dosłownie co 10 min. Dziś w planach miałem dotrzec do Grudziądza dośc szybko, chwile tam odpocząc i jechac trochę dalej by przespac się w lesie gdzieś pod miastem. Czułem jednak że w takim tempie nie dotrę tam nawet za dwa dni. Droga ciągnęła się wieki i jedyną rehabilitacją były widoki, którymi mogłem się pajac do woli.
Choc dzisiejsza podróż trochę trwała to jednak dotarłem do Grudziądza koło 16. To był czas na dłuższy odpoczynek i kanapeczki przygotowane przy śniadanku. Usiadłem na ławeczce gdzieś w centrum miasta i ogrzewany zachodzącym po woli słoneczkiem na spokojnie zjadłem obiadek. Wiedziałem że po 18 słońce już zachodzi, więc trzeba było już wyruszyc, by przed zmrokiem gdzieś rozbic moją nylonową chawirę.
Kiedy byłem już za miastem a czerwona gwiazda po woli znikała za horyzontem, skręciłem w pobliski las w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na spokojny sen. Myślałem że nie będzie z tym problemu, las to las, zawsze się coś znajdzie. Oj, byłem w błędzie. Wszędzie wokół mnie same krzakory, a na ziemi ślady rycia dzików. Kurcze, są tu dziki:/, szukac dalej, czy zrezygnowac?, oj poszukam, chyba coś tam widzę, a nie to znów krzaki. AAAA, co to?. W pewnym momencie przywitał mnie gospodarz tego domu. Gdzieś 10 metrów ode mnie, w krzakach głośno wyrażał swoje niezadowolenie pan szanowny dzik. Dzień dobry, do widzenia. Uciekłem szybko, nie ma co ukrywac. Tu mnie nie chcą. Dobra, jedziemy dalej, ale jest problem, jest już prawie ciemno a jeśli tu był dzik, to i za kilometr też pewnie będą.
Dojechałem do jakiejś wsi, postanowiłem się popytac czy może ktoś by mnie nie przenocował. Niestety, mieszkańcy byli mało ufni, nikt nie zaryzykował i każdy mnie odsyłał do kogoś innego. Nie dziwię się im, byłem nie ogolony, też bym się siebie bał:P.
Było już ciemno, ale pojechałem dalej, no bo co innego zrobic. Zatrzymałem się na jakimś przystanku autobusowym, znaczy na czymś co go przypominało, lub to co z niego pozostało. Przez głowę przeszła mnie myśl że może tu się prześpię, ale niestety nie było nawet gdzie usiąśc:/. Dobra, za przystankiem jest las, może tam. Lampka włączona, można szukac. NIC!!, nie ma żadnego miejsca gdzie można by się rozłożyc, no szok, nie wierze. Kurcze, znów noc a ja nie wiem co zrobic:/. Po chwili zastanowienia, przypomniałem sobie że przejechałem niedawno jakiś bar, może tam coś znajdę. Pojechałem się spytac. Niestety noclegów tam nie było, ale za to była bardzo miła pani obsługująca bar, która zaciekawiła się moją wyprawą. Popatrzyła na mnie, zobaczyła jaki jestem chudy i dostałem zupki i herbaty:D. Chce więcej takich ludzi, kocham was. Posiedziałem z godzinkę, pogadaliśmy i w trakcie tej rozmowy dowiedziałem się że jak pojadę jeszcze z 5 km, to dojadę do małego miasteczka gdzie jest posiadłośc agroturystyczna, w której na pewno mnie przenocują. Nie pozostało mi nic innego jak tam pojechac. Dowiedziałem się również że nie tylko ja się boję jadących tirów, tylko również tiry boją się mnie. Ta pani miała CB radio i słyszała jak gadali o mnie że jadę po ciemku bez światełek po ulicy i żeby inni uważali. Upss. Dobra jadę, dam radę to tylko 5 km, jakoś przetrwam te tiry.
Dojechałem po jakiś 20min. Trochę minęło znalezienie tego domku, ale kto pyta, nie błądzi. -A co pan chce?. -Słyszałem że można u pani przenocowac.- A jesteś sam?. -Tak, tylko z rowerkiem. Przez chwilę myślałem że nic z tego, bo pani nie wydawała się zbyt miła, lecz po chwili gdy mnie wpuściła i zobaczyła że jestem nie groźny wszystko się obróciło o 180 stopni. 30 zl za nocleg, ale gościna była niesamowita. Choc warunki dla niektórych pewnie były by nie do przyjęcia, dla mnie było bosko. Kuchnia, łazienka, pokój jak i salonik z telewizorem. Nagle się zaczęło. Kiedy dowiedziała się skąd przyjechałem i ile mi to zajęło, domyśliła się że muszę byc głodny. Dostałem wielką michę grochówki z chlebem(naprawdę michę, nie talerz, to było ogromne), jakieś mięsko z farszem, po chwili przyniosła winogrono, później jeszcze orzechy a gdy wciskała mi naleśniki, byłem zmuszony poprosic bym dostał je na śniadanie jeśli jest taka możliwośc. chce przypomniec że 30 min wcześniej jadłem zupkę, którą dostałem w przydrożnym barze, a tu naglę taka wyżera, nie miałem szans jeszcze wcisnąc naleśników. Nażarty jak dzik, który mnie przegonił, mogłem tylko po obowiązkowej kąpieli paśc na łoże, poczytac, pogadac z Andrzejem i iśc spac. Kolejna cudowna noc w łóżeczku.
To był dzień pełen kontrastów. Z jednej strony początek jazdy gładki a potem koszmarna trasa, również brak opcji noclegu wynagrodzony cieplutkim pokojem, nio i ta wyżera. Tak to był kolejny udany dzień niesamowitej wyprawy, która zaskakuje co dzień czymś innym. Śpijta.
CDN.
Wyprawa rowerowa dzień #5
Pospałem z 12 godzin, obudziłem się koło 10. Jakoś mi się nie spieszyło, powoli się spakowałem, umyłem i zjadłem śniadanko. Może jeszcze raz rzucimy okiem na stare miasto Torunia?, pewnie, czemu nie. Symboliczne pożegnanie z pięknym miastem, przejeżdżając przez centrum.
Wyjechałem z Torunia koło 12. Droga była cudowna, duża częśc z górki, słońce ogrzewało mi lica, nic mi nie przeszkadzało, nawet samochodów jakoś mniej. Coś czułem że tak pięknie cały dzień nie może byc. O nie, nie było. Choc przez jakiś czas myślałem że to będzie najlepszy dzień pod względem jazdy, to w parę chwil zamienił się w najgorszy. Nagle wszystkie drogi zrobiły się pod górkę i to nie małe były te górki a do tego okropny wiatr. Wiaaatrrrr!!!, to było najgorsze, nawet jak było z górki, to nie mogłem sobie odpocząc i pojechac bez pedałowania, jak to zawsze robiłem, bo cholerny wiatr i tak mnie zatrzymywał a do tego ciągle spychał mnie pod auta i tiry. To było straszne, na prawdę bałem się że w końcu coś mnie potrąci, to była wichura. Droga zamieniała się w koszmar, schodziłem z roweru dosłownie co 10 min. Dziś w planach miałem dotrzec do Grudziądza dośc szybko, chwile tam odpocząc i jechac trochę dalej by przespac się w lesie gdzieś pod miastem. Czułem jednak że w takim tempie nie dotrę tam nawet za dwa dni. Droga ciągnęła się wieki i jedyną rehabilitacją były widoki, którymi mogłem się pajac do woli.
Choc dzisiejsza podróż trochę trwała to jednak dotarłem do Grudziądza koło 16. To był czas na dłuższy odpoczynek i kanapeczki przygotowane przy śniadanku. Usiadłem na ławeczce gdzieś w centrum miasta i ogrzewany zachodzącym po woli słoneczkiem na spokojnie zjadłem obiadek. Wiedziałem że po 18 słońce już zachodzi, więc trzeba było już wyruszyc, by przed zmrokiem gdzieś rozbic moją nylonową chawirę.
Kiedy byłem już za miastem a czerwona gwiazda po woli znikała za horyzontem, skręciłem w pobliski las w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na spokojny sen. Myślałem że nie będzie z tym problemu, las to las, zawsze się coś znajdzie. Oj, byłem w błędzie. Wszędzie wokół mnie same krzakory, a na ziemi ślady rycia dzików. Kurcze, są tu dziki:/, szukac dalej, czy zrezygnowac?, oj poszukam, chyba coś tam widzę, a nie to znów krzaki. AAAA, co to?. W pewnym momencie przywitał mnie gospodarz tego domu. Gdzieś 10 metrów ode mnie, w krzakach głośno wyrażał swoje niezadowolenie pan szanowny dzik. Dzień dobry, do widzenia. Uciekłem szybko, nie ma co ukrywac. Tu mnie nie chcą. Dobra, jedziemy dalej, ale jest problem, jest już prawie ciemno a jeśli tu był dzik, to i za kilometr też pewnie będą.
Dojechałem do jakiejś wsi, postanowiłem się popytac czy może ktoś by mnie nie przenocował. Niestety, mieszkańcy byli mało ufni, nikt nie zaryzykował i każdy mnie odsyłał do kogoś innego. Nie dziwię się im, byłem nie ogolony, też bym się siebie bał:P.
Było już ciemno, ale pojechałem dalej, no bo co innego zrobic. Zatrzymałem się na jakimś przystanku autobusowym, znaczy na czymś co go przypominało, lub to co z niego pozostało. Przez głowę przeszła mnie myśl że może tu się prześpię, ale niestety nie było nawet gdzie usiąśc:/. Dobra, za przystankiem jest las, może tam. Lampka włączona, można szukac. NIC!!, nie ma żadnego miejsca gdzie można by się rozłożyc, no szok, nie wierze. Kurcze, znów noc a ja nie wiem co zrobic:/. Po chwili zastanowienia, przypomniałem sobie że przejechałem niedawno jakiś bar, może tam coś znajdę. Pojechałem się spytac. Niestety noclegów tam nie było, ale za to była bardzo miła pani obsługująca bar, która zaciekawiła się moją wyprawą. Popatrzyła na mnie, zobaczyła jaki jestem chudy i dostałem zupki i herbaty:D. Chce więcej takich ludzi, kocham was. Posiedziałem z godzinkę, pogadaliśmy i w trakcie tej rozmowy dowiedziałem się że jak pojadę jeszcze z 5 km, to dojadę do małego miasteczka gdzie jest posiadłośc agroturystyczna, w której na pewno mnie przenocują. Nie pozostało mi nic innego jak tam pojechac. Dowiedziałem się również że nie tylko ja się boję jadących tirów, tylko również tiry boją się mnie. Ta pani miała CB radio i słyszała jak gadali o mnie że jadę po ciemku bez światełek po ulicy i żeby inni uważali. Upss. Dobra jadę, dam radę to tylko 5 km, jakoś przetrwam te tiry.
Dojechałem po jakiś 20min. Trochę minęło znalezienie tego domku, ale kto pyta, nie błądzi. -A co pan chce?. -Słyszałem że można u pani przenocowac.- A jesteś sam?. -Tak, tylko z rowerkiem. Przez chwilę myślałem że nic z tego, bo pani nie wydawała się zbyt miła, lecz po chwili gdy mnie wpuściła i zobaczyła że jestem nie groźny wszystko się obróciło o 180 stopni. 30 zl za nocleg, ale gościna była niesamowita. Choc warunki dla niektórych pewnie były by nie do przyjęcia, dla mnie było bosko. Kuchnia, łazienka, pokój jak i salonik z telewizorem. Nagle się zaczęło. Kiedy dowiedziała się skąd przyjechałem i ile mi to zajęło, domyśliła się że muszę byc głodny. Dostałem wielką michę grochówki z chlebem(naprawdę michę, nie talerz, to było ogromne), jakieś mięsko z farszem, po chwili przyniosła winogrono, później jeszcze orzechy a gdy wciskała mi naleśniki, byłem zmuszony poprosic bym dostał je na śniadanie jeśli jest taka możliwośc. chce przypomniec że 30 min wcześniej jadłem zupkę, którą dostałem w przydrożnym barze, a tu naglę taka wyżera, nie miałem szans jeszcze wcisnąc naleśników. Nażarty jak dzik, który mnie przegonił, mogłem tylko po obowiązkowej kąpieli paśc na łoże, poczytac, pogadac z Andrzejem i iśc spac. Kolejna cudowna noc w łóżeczku.
To był dzień pełen kontrastów. Z jednej strony początek jazdy gładki a potem koszmarna trasa, również brak opcji noclegu wynagrodzony cieplutkim pokojem, nio i ta wyżera. Tak to był kolejny udany dzień niesamowitej wyprawy, która zaskakuje co dzień czymś innym. Śpijta.
CDN.

godz: 12:53 data: 2010.10.20
W niedzielę wstałem trochę przed świtem, jakoś tak naturalnie się obudziłem. Mnie to pasowało, bo miałem czas by spakowac namiot i sie ogarnąc zanim spotkam jakiego pana grzyba. Niestety, pod sam koniec porządkowania glamotów było już na tyle jasno że przywiało do lasu jakiegoś grzybiarza, który akurat musiał przechodzic koło mnie. Popatrzył się dziwnie na gościa, który właśnie obudził się w środku lasu i poszedł:P.
No nic, trzeba jechac dalej, przecież wstał kolejny piękny dzień, który na pewno szykował coś fajnego. Długo nie musiałem czekac na dary nowego dnia. Zaraz po wyruszeniu, na trasie mogłem obserwowac cudowny, przepełniony kolorem pomarańczy wschód słońca. Ten widok zatrzymał mnie na trochę i zmusił do wyciągnięcia aparatu. Teraz tylko brakowało mi do szczęścia jakieś dobre syte śniadanko. To był czas na postój w jakiejś przydrożnej karczmie. To co mi chodziło po głowie to jajecznica na szyneczce i takie owe cudo mieli:). Do tego wziąłem jeszcze zestaw surówek. Taaak, to było dobre śniadanko, ale nie ma się co lenic, przecież dziś czeka mnie dotarcie do pięknego miasta Toruń.
Przybyłem do tej cudownej aglomeracji koło południa i nie mogłem się oprzec by tam zostac. NIgdy tam nie byłem, ale słyszałem że jest to piękne miasto i dobrze słyszałem. Oczarowało mnie to miejsce, coś pięknego, te uliczki, te budynki, ślicznie. A co tam, należy mi się mała nagroda, kupiłem sobie gofra z bitą śmietaną i owocami, niebo w gębie. Czas teraz poszukac noclegu, muszę na luzie zwiedzic Toruń. Udało mi się zameldowac w pttk, dostałem 5 osobowy pokój, w którym byłem sam, więc miałem gdzie spac. Cena też nie była duża bo tylko 30 zł.
Po chwili odpoczynku do głosu doszedł znów mój brzuszek, który domagał się obiadu. Gdzie można zjeśc coś dobrego, zdrowego, sytego i co da energii?. Wiem! Greenway:). Tam więc podążyłem. Na pierwsze zupka z soczewicy, drugie to tort warzywny i do tego koktajl porzeczkowy. Oblizywałem tylko wąsy, py cho ta. Po obiadku obowiązkowy spacerek po mieście, przewijanie się przez uliczki i cykanie od czasu do czasu fotek. Dlaczego mam sobie nie pozwolic na małe piwko, przecież wszystko jest za tym bym usiadł gdzieś w ogródku i zamoczył usta w złotym trunku. Ogólnie nie lubię alkoholu, ale piwka czasem się napiję, lecz rzadko na mieście można znaleźc smaczne piwko. Tym razem też mi się nie udało. Znów czułem jakby dolali tam domestosa, eh, już wiem dlaczego nie pije:P. No nic, trzeba to przegryźc zapiekanką z pieca i zaprowadzic pana lenia do pokoju pełnego łóżek. Odpoczynek chyba mi się przyda, choc dziś jechałem tylko może z 4 godzinki. W pewnym momencie poczułem że to może już koniec, może już wystarczy?. Jutro wsiądę sobie do pociągu i wrócę do domu, do znajomych, treningów i do wszystkiego do czego człowiek jest przyzwyczajony. Te myśli były bardzo moce i przez pewien czas brałem je na poważnie. Z drugiej jednak strony zadałem sobie pytanie, czy chce kolejny raz czegoś nie dokończyc?, czy znów się poddam. robię tak zawsze, jestem słaby i czy znów tak będzie?. Nie, nie chce, muszę sobie udowodnic że potrafię, dokończę to co zacząłem, nie mogę się poddac. Razem z nadejściem tych myśli przyszedł również wieczór, który zagonił mnie pod cieplutki prysznic. To mi się przydało, tak, teraz tylko kolacja z chleba żytniego i sera zakupionych na mieście, potem Mark Twain, telefon z Andrzejem i spac.
Chodź w ten dzień nie zrobiłem wiele kilometrów, to jestem zadowolony. Zwiedziłem niesamowite miasto, jak i dałem szanse odpoczynku moim wciąż bolącym kolanom. Niestety, z dnia na dzień dochodziły kolejne kontuzje, które dawały coraz bardziej o sobie znac. Były to stopy, które w tych wojskowych butach trochę się poprzecierały. Bolało mnie również ramię, z którym mam zawsze problem gdy jeżdżę na rowerze z plecakiem na plecach. Lecz teraz żaden ból mnie nie dotyczył, bo odpłynąłem daleko w objęciach morfeusza. Dobranoc.
CDN.

Wyprawa rowerowa dzień #4
W niedzielę wstałem trochę przed świtem, jakoś tak naturalnie się obudziłem. Mnie to pasowało, bo miałem czas by spakowac namiot i sie ogarnąc zanim spotkam jakiego pana grzyba. Niestety, pod sam koniec porządkowania glamotów było już na tyle jasno że przywiało do lasu jakiegoś grzybiarza, który akurat musiał przechodzic koło mnie. Popatrzył się dziwnie na gościa, który właśnie obudził się w środku lasu i poszedł:P.
No nic, trzeba jechac dalej, przecież wstał kolejny piękny dzień, który na pewno szykował coś fajnego. Długo nie musiałem czekac na dary nowego dnia. Zaraz po wyruszeniu, na trasie mogłem obserwowac cudowny, przepełniony kolorem pomarańczy wschód słońca. Ten widok zatrzymał mnie na trochę i zmusił do wyciągnięcia aparatu. Teraz tylko brakowało mi do szczęścia jakieś dobre syte śniadanko. To był czas na postój w jakiejś przydrożnej karczmie. To co mi chodziło po głowie to jajecznica na szyneczce i takie owe cudo mieli:). Do tego wziąłem jeszcze zestaw surówek. Taaak, to było dobre śniadanko, ale nie ma się co lenic, przecież dziś czeka mnie dotarcie do pięknego miasta Toruń.
Przybyłem do tej cudownej aglomeracji koło południa i nie mogłem się oprzec by tam zostac. NIgdy tam nie byłem, ale słyszałem że jest to piękne miasto i dobrze słyszałem. Oczarowało mnie to miejsce, coś pięknego, te uliczki, te budynki, ślicznie. A co tam, należy mi się mała nagroda, kupiłem sobie gofra z bitą śmietaną i owocami, niebo w gębie. Czas teraz poszukac noclegu, muszę na luzie zwiedzic Toruń. Udało mi się zameldowac w pttk, dostałem 5 osobowy pokój, w którym byłem sam, więc miałem gdzie spac. Cena też nie była duża bo tylko 30 zł.
Po chwili odpoczynku do głosu doszedł znów mój brzuszek, który domagał się obiadu. Gdzie można zjeśc coś dobrego, zdrowego, sytego i co da energii?. Wiem! Greenway:). Tam więc podążyłem. Na pierwsze zupka z soczewicy, drugie to tort warzywny i do tego koktajl porzeczkowy. Oblizywałem tylko wąsy, py cho ta. Po obiadku obowiązkowy spacerek po mieście, przewijanie się przez uliczki i cykanie od czasu do czasu fotek. Dlaczego mam sobie nie pozwolic na małe piwko, przecież wszystko jest za tym bym usiadł gdzieś w ogródku i zamoczył usta w złotym trunku. Ogólnie nie lubię alkoholu, ale piwka czasem się napiję, lecz rzadko na mieście można znaleźc smaczne piwko. Tym razem też mi się nie udało. Znów czułem jakby dolali tam domestosa, eh, już wiem dlaczego nie pije:P. No nic, trzeba to przegryźc zapiekanką z pieca i zaprowadzic pana lenia do pokoju pełnego łóżek. Odpoczynek chyba mi się przyda, choc dziś jechałem tylko może z 4 godzinki. W pewnym momencie poczułem że to może już koniec, może już wystarczy?. Jutro wsiądę sobie do pociągu i wrócę do domu, do znajomych, treningów i do wszystkiego do czego człowiek jest przyzwyczajony. Te myśli były bardzo moce i przez pewien czas brałem je na poważnie. Z drugiej jednak strony zadałem sobie pytanie, czy chce kolejny raz czegoś nie dokończyc?, czy znów się poddam. robię tak zawsze, jestem słaby i czy znów tak będzie?. Nie, nie chce, muszę sobie udowodnic że potrafię, dokończę to co zacząłem, nie mogę się poddac. Razem z nadejściem tych myśli przyszedł również wieczór, który zagonił mnie pod cieplutki prysznic. To mi się przydało, tak, teraz tylko kolacja z chleba żytniego i sera zakupionych na mieście, potem Mark Twain, telefon z Andrzejem i spac.
Chodź w ten dzień nie zrobiłem wiele kilometrów, to jestem zadowolony. Zwiedziłem niesamowite miasto, jak i dałem szanse odpoczynku moim wciąż bolącym kolanom. Niestety, z dnia na dzień dochodziły kolejne kontuzje, które dawały coraz bardziej o sobie znac. Były to stopy, które w tych wojskowych butach trochę się poprzecierały. Bolało mnie również ramię, z którym mam zawsze problem gdy jeżdżę na rowerze z plecakiem na plecach. Lecz teraz żaden ból mnie nie dotyczył, bo odpłynąłem daleko w objęciach morfeusza. Dobranoc.
CDN.

godz: 12:19 data: 2010.10.19

Wyprawa rowerowa dzień #3
2.X.2010,
sobota, trzeci dzień wyprawy. Pobudka koło 8 rano. Śniadanko z zakupionych wczoraj w Kutnie bułeczek i kupionej w łodzi konserwy turystycznej. Nawet dwie bułeczki zostały mi na później. Szybkie pakowanko i szukamy księdza, który ma moje dokumenty. Hmmm, niestety u siebie go nie ma, dobra idę przygotowac rower( mocowanie torby i namiotu do bagażnika, mocne ich obwiązanie, pompowanie kół i sprawdzenie ogólnego stanu technicznego) a potem go poszukam. Tak, tylko gdzie go szukac?. Popytałem, ale nic, aż tu nagle podjeżdża samochód, wysiada wielebny i oddaje mi dowód życząc udanej drogi. No to jak ma byc udana, to trza ruszyc poślady.
Teraz kierowałem się na Krośniewice, oczywiście ówcześnie pytając się ludzi gdzie to jest, bo nie za bardzo było znaków na tym odludziu. Zapomniałem dodac że dziś już nie pada i nawet słoneczko zaświeciło:). Gdzieś tak w połowie drogi do Krośniewic skorzystałem z nawigacji jaką jest owe słońce i doszedłem do wniosku że może nadrobię drogi jak będę się kierowac dokładnie na północ a nie za zachód do wyżej wymienionego miasta i dopiero później w stronę morza. Skręciłem więc w jakieś poboczne, wręcz nawet polne drogi. Nawierzchnia robiła się coraz gorsza a horyzont nie pokazywał żadnego prześwitu na lepszą drogę, tak więc spytałem się jakiś ludzi na polu, gdzie dojadę tą drogą. Oni mi że do lasu, nio to pytam czy później przez ten las, wyjadę jakoś na trasę, oni że tak, jesli nie zabłądzę. Pewien swoich umiejętności nawigacyjnych ruszyłem w owy las. Na skraju tej gęstwiny drzew zatrzymałem się by podregulowac wysokośc mojego siodełka, bo kolana to już mi pękały:/. Jak się okazało, nie mam jednego klucza i już myślałem że nic z tego, ale jak to się mówi, człowiek w potrzebie staję się bardzo kreatywny. Udało się, jechałem dalej z podniesionym siodełkiem. Było trochę lepiej, ale nogi były na tyle nadwyrężone że ból nie ustawał. Rekompensatą za te cierpienia był widok jaki mnie po jakimś czasie zaskoczył. Osz kurcze, jak tam było pięknie. Cudowne lasy połyskujące liścmi pomalowane barwami jesieni, niesamowite pola traw i ta ogrąmna ilośc jastrzębi szybujących nad moją głową. W życiu nie widziałem tylu tych ptaków na raz, było ich około 12. Oj piękne drapieżniki, uwielbiam je obserwowac. Niestety mój teleobiektyw nie jest na tyle tele by zrobic im zadowalające mnie zdjęcie, więc szybko zrezygnowałem z cykania i zająłem się obserwowaniem piękna otaczającej mnie przyrody.
Po tej chwili rozkoszy, szedłem dalej na północ z nadzieją na dotarcie do jakiejś asfaltowej drogi, lesz czym bardziej się zagłębiałem tym drogi było mniej, aż do momentu gdzie nie było jej wcale. Nie przeszkadzało mi to wcale, szedłem dalej przez łąki aż dotarłem do małej rzeczki i tu zaczął się problem. Po chwili namysłu postanowiłem rozwiązac go zdejmując buty, podciągając spodnie i próbie przeprawienia się przez to płynące gówienko. Udało się, przyznam nawet ze to było przyjemne i orzeźwiające. Nogi wysuszone, buty założone, ruszamy dalej. Widzę na tle nieba Kable, pomyślałem że pod nimi może biec droga, ale jednak tak nie było, wszędzie pola i zero jakiejkolwiek drogi. Obserwowałem tylko czy nie idzie jakiś rolnik z kosą mnie przegonic, ale na szczęście nic takiego się nie działo.
Zaczęła mnie łapac frustracja, bo gdy już chciałem iśc dalej okazywało się że w miejscu, w którym chce przejśc, też jest rzeczka. Nie no świetnie. Moje rozgoryczenie dopełniło dotarcie do kolejnej rzeczki. Ja pitole, może i nie uwierzycie, ale przechodząc przez tą pierwszą rzeczkę, wszedłem na teren, który był jakby ogrodzony w prostokącie tą jedną właśnie rzeczką, a że to nie był mały teren, nie chciało mi się wracac do pierwszego przejścia. Coś niesamowitego, w co ja się wpakowałem. Stałem tak więc 2 metry nad brzegiem małej rzeczki i zastanawiałem się czy przejśc. Nio ale co ja miałem innego niby zrobic?. Niestety tym razem było dośc stromo do wody i głębiej jak i zarośli było więcej. Nie pozostało mi nic innego, jak zdjąc cały ekwipunek z roweru. Przeniosłem go na drugą stronę, oczywiście przewracając się w wodzie i mocząc całe spodnie. Spokój Mariusz, to fajna przygoda, spokój. Powrót po rower i znów to samo, ale bez przewrotki. Znów suszonko, szybkie ubieranko i w drogę. Jakieś 300 m przede mną przejechał samochód, to dało mi dowód że droga odnaleziona. Dotarcie tam przez pola nie była trudna, choc w pewnym momencie przestraszyłem się że przede mną jest rzeczka, ale na szczęście okazało się to małym, niegroźnym rowem. Asfalt, tak. Choc kocham przyrodę i mógłbym z nią koegzystowac godzinami, to jednak w tamtej chwili marzył mi się długi, gładki asfalt prowadzący na trasę. To nie była A1, której szukałem, droga prowadziła przez różne wsie, ale ważne że była asfaltowa i że jechałem na północ.
Po ukierunkowaniu przez jedną z miejscowych pań udałem się w stronę miejscowości Kowal. Gdzieś po drodze na poboczu obowiązkowy obiadek składający się z dwóch bułeczek z konserwą przygotowanych przy śniadaniu, popijanych wodą i zagryzanych bananami, które gdzieś kiedyś kupiłem. Niestety nie pamiętam gdzie.
Kowal wita. Dobra, przyznaje że nie pamiętam tego miasteczka, możliwe że go przejechałem bez zatrzymania albo to było to dziwne miasteczko, w którym przejechałem oznakowane centrum szukając go. Takie małe coś że znalazłem jeden sklep a poczty niestety nie choc były ku niej kierunkowskazy. Na mapie zaznaczona mieścina tak jakby by to było większe miasto, nio ale są mapy i mapety.Ruszamy na włocławek, nie ma co czekac. Kolanka, proszę, przestańcie bolec:(. Jest jeden plus tej kontuzji. Stawałem częściej co oznaczało częstsze jedzenie czekolady:D.
Pod wieczór dojechałem do włocławka. Dużę miasto. Od razu poszedłem do chyba to był Lidl. Kupiłem wafelki(jak mi się chciało słodkiego, łojej), wodę i wszamałem to pod sklepem siedząc na plecaku i opierając się o ściany marketu. Wesoło było obserwowac ludzi którzy dziwnie na mnie patrzyli:). Niedaleko od Lidla widziałem sklep Real. Pomyślałem że wejdę i kupię tylne światełko, które gdzieś musiałem po drodze niestety zgubic, a zakup był o tyle pilny że było już ciemno a nie miałem w planach nocowania w mieście. Niestety, ku mojemu zdziwieniu nie było takiej lampki, były jedynie jakieś zestawy za 60zl, skandal, ja dziekuję. No nic, jedziemy do centrum pozwiedzac i tak jest już ciemno, wiec czy wyjadę dalej teraz czy za godznkę, nie ma różnicy.
Miasto jakoś mnie nie zauroczyło, tym bardziej że była sobota wieczór i nie czułem się tam bezpiecznie słysząc jakieś komentarze z ust dobrze wychowanej młodzieży. Ci chłopcy o twarzach mądrego szopa dali mi do zrozumienia że nie mam co robic w tym mieście, tak więc bay bay Włocławku.
Gdzieś chwilę za miastem zatrzymałem się na stacji benzynowej na hod doga i powerada, jak i na chwilę przemyśleń co dalej. Pogadałem też przez telefon z Andrzejem co dawało mi uśmiech i siłę, a może to pawerade, nie wiem:P. Przerażała mnie wizja jazdy w zupełnej ciemności( nie ma latarni ani żadnego oświetlenia na A1), bez tylnego światełka, po ulicy pełnej tirów pędzących ze 100km/h. No nic muszę spróbowac. Wpadłem na pozornie genialny pomysł. założyłem przednie światełko na tył i włączyłem funkcje mrugania. Jakiś czas ta opcja się sprawdzała aż nie wyjechałem tak daleko od miasta że nie widziałem zupełnie nic przed sobą, więc nie miałem pojęcia czy zaraz nie wjadę w jakiś rów. Drogę zaczęły rozświetlac jakieś czerwone znaki ostrzegawcze. Okazało się że remontują na paru odcinkach drogę i jest zwężenie i ruch wahadłowy. Oj nie, jak ja mam bloczyc tirom trasę, to ja dziękuje. Zjechałem do lasu i postanowiłem przejśc remontowany odcinek przez ciemności drzew. Zdawało się to byc proste, do czasu gdy las schodził coraz niżej a ulica, która znajdowała się jakieś 5 metrów nade mną zaczęła byc w dodatku ogrodzona:/. Pozostaje miec nadzieję że kiedyś się to skończy i że będę mógł wejśc na ulicę i jechac dalej. Niestety to nie był koniec niespodzianek, ponieważ przede mną ukazały się oto tory kolejowe. UUUU, przypominam że jest zupełna ciemniośc a jedyne co mi oświetla drogę to moja kochana lampka rowerowa. Dobra, przechodzimy, dlaczego miałby akurat teraz jechac pociąg. Prawię przeszedłem pierwsze tory z tym cholernie ciężkim rowerem aż mnie coś ładnie oświetliło. Tak, zgadza się, to był nadjeżdżający pociąg. No ładnie. Choc był dosyc daleko, przyznam że spanikowałem i w popłochu się wycofałem. Dobra, czekam jak przejedzie i korzystam z drugiej próby. Kolejne przejście choc z dużym strachem, to tym razem udane. Jeszcze trochę lasu i udało się wyjśc na trasę. Po drodze były jeszcze z 3 zwężenia, ale tym razem ryzykowałem i jechałem przez nie zdążając w ostatniej chwili. Ciemnośc mnie jednak zwyciężyła, zjechałem na pobocze do jakiejś stacji i baru. Siedziałem tam popijając ciepłą herbatkę i zastanawiałem się co robic. Na prawdę nie wiedziałem co teraz, było około 23 a ja siedziałem gdzieś w przydrożnej jadłodajni. Dobra, już trudno nie mam wyjścia, muszę wejśc w las i się gdzieś rozłożyc. Jak pomyślałem tak zrobiłem.
Wszedłem w las zaraz przy stacji i oświetlając sobie ziemie znalazłem w miarę przyjemne podłożę. Namiot rozłożyłem w ciemnościach trzymając lampkę w zębach. To było wyzwanie, ale wydaję mi się że sobie z nim poradziłem.
Jak się położyłem, tak usnąłem, choc nie do końca bo tak swędziały mnie nogi od pokrzyw i zadrapań nabytych przy przechodzeniu tej cholernej rzeczki że musiałem jeszcze na chwilę wypełznąc ze śpiwora i opanowac to swędzenie. Kolejny dzień pełen wrażeń uśpił mnie koło 24. Uuu, ciekawe co będzie jutro. Choc byłem zmęczony już tą podróżą, dokuczała mi kontuzja kolan i czasem dopadały mnie stany bezsilności, ale jednak rządza przygody sprawiała że chciałem wstac następnego dnia i przeżyc nowy ciekawy dzień.
CDN.
sobota, trzeci dzień wyprawy. Pobudka koło 8 rano. Śniadanko z zakupionych wczoraj w Kutnie bułeczek i kupionej w łodzi konserwy turystycznej. Nawet dwie bułeczki zostały mi na później. Szybkie pakowanko i szukamy księdza, który ma moje dokumenty. Hmmm, niestety u siebie go nie ma, dobra idę przygotowac rower( mocowanie torby i namiotu do bagażnika, mocne ich obwiązanie, pompowanie kół i sprawdzenie ogólnego stanu technicznego) a potem go poszukam. Tak, tylko gdzie go szukac?. Popytałem, ale nic, aż tu nagle podjeżdża samochód, wysiada wielebny i oddaje mi dowód życząc udanej drogi. No to jak ma byc udana, to trza ruszyc poślady.
Teraz kierowałem się na Krośniewice, oczywiście ówcześnie pytając się ludzi gdzie to jest, bo nie za bardzo było znaków na tym odludziu. Zapomniałem dodac że dziś już nie pada i nawet słoneczko zaświeciło:). Gdzieś tak w połowie drogi do Krośniewic skorzystałem z nawigacji jaką jest owe słońce i doszedłem do wniosku że może nadrobię drogi jak będę się kierowac dokładnie na północ a nie za zachód do wyżej wymienionego miasta i dopiero później w stronę morza. Skręciłem więc w jakieś poboczne, wręcz nawet polne drogi. Nawierzchnia robiła się coraz gorsza a horyzont nie pokazywał żadnego prześwitu na lepszą drogę, tak więc spytałem się jakiś ludzi na polu, gdzie dojadę tą drogą. Oni mi że do lasu, nio to pytam czy później przez ten las, wyjadę jakoś na trasę, oni że tak, jesli nie zabłądzę. Pewien swoich umiejętności nawigacyjnych ruszyłem w owy las. Na skraju tej gęstwiny drzew zatrzymałem się by podregulowac wysokośc mojego siodełka, bo kolana to już mi pękały:/. Jak się okazało, nie mam jednego klucza i już myślałem że nic z tego, ale jak to się mówi, człowiek w potrzebie staję się bardzo kreatywny. Udało się, jechałem dalej z podniesionym siodełkiem. Było trochę lepiej, ale nogi były na tyle nadwyrężone że ból nie ustawał. Rekompensatą za te cierpienia był widok jaki mnie po jakimś czasie zaskoczył. Osz kurcze, jak tam było pięknie. Cudowne lasy połyskujące liścmi pomalowane barwami jesieni, niesamowite pola traw i ta ogrąmna ilośc jastrzębi szybujących nad moją głową. W życiu nie widziałem tylu tych ptaków na raz, było ich około 12. Oj piękne drapieżniki, uwielbiam je obserwowac. Niestety mój teleobiektyw nie jest na tyle tele by zrobic im zadowalające mnie zdjęcie, więc szybko zrezygnowałem z cykania i zająłem się obserwowaniem piękna otaczającej mnie przyrody.
Po tej chwili rozkoszy, szedłem dalej na północ z nadzieją na dotarcie do jakiejś asfaltowej drogi, lesz czym bardziej się zagłębiałem tym drogi było mniej, aż do momentu gdzie nie było jej wcale. Nie przeszkadzało mi to wcale, szedłem dalej przez łąki aż dotarłem do małej rzeczki i tu zaczął się problem. Po chwili namysłu postanowiłem rozwiązac go zdejmując buty, podciągając spodnie i próbie przeprawienia się przez to płynące gówienko. Udało się, przyznam nawet ze to było przyjemne i orzeźwiające. Nogi wysuszone, buty założone, ruszamy dalej. Widzę na tle nieba Kable, pomyślałem że pod nimi może biec droga, ale jednak tak nie było, wszędzie pola i zero jakiejkolwiek drogi. Obserwowałem tylko czy nie idzie jakiś rolnik z kosą mnie przegonic, ale na szczęście nic takiego się nie działo.
Zaczęła mnie łapac frustracja, bo gdy już chciałem iśc dalej okazywało się że w miejscu, w którym chce przejśc, też jest rzeczka. Nie no świetnie. Moje rozgoryczenie dopełniło dotarcie do kolejnej rzeczki. Ja pitole, może i nie uwierzycie, ale przechodząc przez tą pierwszą rzeczkę, wszedłem na teren, który był jakby ogrodzony w prostokącie tą jedną właśnie rzeczką, a że to nie był mały teren, nie chciało mi się wracac do pierwszego przejścia. Coś niesamowitego, w co ja się wpakowałem. Stałem tak więc 2 metry nad brzegiem małej rzeczki i zastanawiałem się czy przejśc. Nio ale co ja miałem innego niby zrobic?. Niestety tym razem było dośc stromo do wody i głębiej jak i zarośli było więcej. Nie pozostało mi nic innego, jak zdjąc cały ekwipunek z roweru. Przeniosłem go na drugą stronę, oczywiście przewracając się w wodzie i mocząc całe spodnie. Spokój Mariusz, to fajna przygoda, spokój. Powrót po rower i znów to samo, ale bez przewrotki. Znów suszonko, szybkie ubieranko i w drogę. Jakieś 300 m przede mną przejechał samochód, to dało mi dowód że droga odnaleziona. Dotarcie tam przez pola nie była trudna, choc w pewnym momencie przestraszyłem się że przede mną jest rzeczka, ale na szczęście okazało się to małym, niegroźnym rowem. Asfalt, tak. Choc kocham przyrodę i mógłbym z nią koegzystowac godzinami, to jednak w tamtej chwili marzył mi się długi, gładki asfalt prowadzący na trasę. To nie była A1, której szukałem, droga prowadziła przez różne wsie, ale ważne że była asfaltowa i że jechałem na północ.
Po ukierunkowaniu przez jedną z miejscowych pań udałem się w stronę miejscowości Kowal. Gdzieś po drodze na poboczu obowiązkowy obiadek składający się z dwóch bułeczek z konserwą przygotowanych przy śniadaniu, popijanych wodą i zagryzanych bananami, które gdzieś kiedyś kupiłem. Niestety nie pamiętam gdzie.
Kowal wita. Dobra, przyznaje że nie pamiętam tego miasteczka, możliwe że go przejechałem bez zatrzymania albo to było to dziwne miasteczko, w którym przejechałem oznakowane centrum szukając go. Takie małe coś że znalazłem jeden sklep a poczty niestety nie choc były ku niej kierunkowskazy. Na mapie zaznaczona mieścina tak jakby by to było większe miasto, nio ale są mapy i mapety.Ruszamy na włocławek, nie ma co czekac. Kolanka, proszę, przestańcie bolec:(. Jest jeden plus tej kontuzji. Stawałem częściej co oznaczało częstsze jedzenie czekolady:D.
Pod wieczór dojechałem do włocławka. Dużę miasto. Od razu poszedłem do chyba to był Lidl. Kupiłem wafelki(jak mi się chciało słodkiego, łojej), wodę i wszamałem to pod sklepem siedząc na plecaku i opierając się o ściany marketu. Wesoło było obserwowac ludzi którzy dziwnie na mnie patrzyli:). Niedaleko od Lidla widziałem sklep Real. Pomyślałem że wejdę i kupię tylne światełko, które gdzieś musiałem po drodze niestety zgubic, a zakup był o tyle pilny że było już ciemno a nie miałem w planach nocowania w mieście. Niestety, ku mojemu zdziwieniu nie było takiej lampki, były jedynie jakieś zestawy za 60zl, skandal, ja dziekuję. No nic, jedziemy do centrum pozwiedzac i tak jest już ciemno, wiec czy wyjadę dalej teraz czy za godznkę, nie ma różnicy.
Miasto jakoś mnie nie zauroczyło, tym bardziej że była sobota wieczór i nie czułem się tam bezpiecznie słysząc jakieś komentarze z ust dobrze wychowanej młodzieży. Ci chłopcy o twarzach mądrego szopa dali mi do zrozumienia że nie mam co robic w tym mieście, tak więc bay bay Włocławku.
Gdzieś chwilę za miastem zatrzymałem się na stacji benzynowej na hod doga i powerada, jak i na chwilę przemyśleń co dalej. Pogadałem też przez telefon z Andrzejem co dawało mi uśmiech i siłę, a może to pawerade, nie wiem:P. Przerażała mnie wizja jazdy w zupełnej ciemności( nie ma latarni ani żadnego oświetlenia na A1), bez tylnego światełka, po ulicy pełnej tirów pędzących ze 100km/h. No nic muszę spróbowac. Wpadłem na pozornie genialny pomysł. założyłem przednie światełko na tył i włączyłem funkcje mrugania. Jakiś czas ta opcja się sprawdzała aż nie wyjechałem tak daleko od miasta że nie widziałem zupełnie nic przed sobą, więc nie miałem pojęcia czy zaraz nie wjadę w jakiś rów. Drogę zaczęły rozświetlac jakieś czerwone znaki ostrzegawcze. Okazało się że remontują na paru odcinkach drogę i jest zwężenie i ruch wahadłowy. Oj nie, jak ja mam bloczyc tirom trasę, to ja dziękuje. Zjechałem do lasu i postanowiłem przejśc remontowany odcinek przez ciemności drzew. Zdawało się to byc proste, do czasu gdy las schodził coraz niżej a ulica, która znajdowała się jakieś 5 metrów nade mną zaczęła byc w dodatku ogrodzona:/. Pozostaje miec nadzieję że kiedyś się to skończy i że będę mógł wejśc na ulicę i jechac dalej. Niestety to nie był koniec niespodzianek, ponieważ przede mną ukazały się oto tory kolejowe. UUUU, przypominam że jest zupełna ciemniośc a jedyne co mi oświetla drogę to moja kochana lampka rowerowa. Dobra, przechodzimy, dlaczego miałby akurat teraz jechac pociąg. Prawię przeszedłem pierwsze tory z tym cholernie ciężkim rowerem aż mnie coś ładnie oświetliło. Tak, zgadza się, to był nadjeżdżający pociąg. No ładnie. Choc był dosyc daleko, przyznam że spanikowałem i w popłochu się wycofałem. Dobra, czekam jak przejedzie i korzystam z drugiej próby. Kolejne przejście choc z dużym strachem, to tym razem udane. Jeszcze trochę lasu i udało się wyjśc na trasę. Po drodze były jeszcze z 3 zwężenia, ale tym razem ryzykowałem i jechałem przez nie zdążając w ostatniej chwili. Ciemnośc mnie jednak zwyciężyła, zjechałem na pobocze do jakiejś stacji i baru. Siedziałem tam popijając ciepłą herbatkę i zastanawiałem się co robic. Na prawdę nie wiedziałem co teraz, było około 23 a ja siedziałem gdzieś w przydrożnej jadłodajni. Dobra, już trudno nie mam wyjścia, muszę wejśc w las i się gdzieś rozłożyc. Jak pomyślałem tak zrobiłem.
Wszedłem w las zaraz przy stacji i oświetlając sobie ziemie znalazłem w miarę przyjemne podłożę. Namiot rozłożyłem w ciemnościach trzymając lampkę w zębach. To było wyzwanie, ale wydaję mi się że sobie z nim poradziłem.
Jak się położyłem, tak usnąłem, choc nie do końca bo tak swędziały mnie nogi od pokrzyw i zadrapań nabytych przy przechodzeniu tej cholernej rzeczki że musiałem jeszcze na chwilę wypełznąc ze śpiwora i opanowac to swędzenie. Kolejny dzień pełen wrażeń uśpił mnie koło 24. Uuu, ciekawe co będzie jutro. Choc byłem zmęczony już tą podróżą, dokuczała mi kontuzja kolan i czasem dopadały mnie stany bezsilności, ale jednak rządza przygody sprawiała że chciałem wstac następnego dnia i przeżyc nowy ciekawy dzień.
CDN.

